Menu

Wyawiad: James Blood Ulmer - Sposób Na życie

James Blood Ulmer – ikona jazzu i bluesa. Jeden z najbardziej oryginalnych gitarzystów, wymieniany w gronie pionierów stylu „harmolodic”. Muzyk będzie jedną z gwiazd 39 Rawa Blues Festival, do Polski przyjedzie z Vernonem Reidem – gitarzystą, który fanom rocka znany jest przede wszystkim ze świetnej grupy Living Colour. Ulmer nie lubi udzielać wywiadów, ale zgodził się odpowiedzieć na parę pytań przed kolejną koncertową wizytą w naszym kraju.

James Blood Ulmer

Jak odpowiedziałby Pan dzisiaj na tytułowe pytanie z płyty: „Are you glad to be in America?” (Czy jesteś zadowolony z bycia w Ameryce? - przyp. red.)
Utwór „Are You Glad To Be in America?” został napisany w Londynie. Tam pierwszy raz od czasu, gdy byłem małym chłopcem poczułem się wolnym człowiekiem. Ten kawałek tak naprawdę stawia pytanie, dlaczego ty i ja nie możemy sprawić, by nasz kraj stał się naszym domem, gdy wszyscy dzielni ludzie odeszli i Superman mieszka po sąsiedzku...

To będzie Pana czwarty koncert na Rawie Blues. Co szczególnie utkwiło w Pana pamięci z poprzednich wizyt w Katowicach?
Podoba mi się sposób, w jaki Irek Dudek organizuje ten festiwal i przygotowuje go tak, by ludzie naprawdę cieszyli się muzyką.

Po raz kolejny zagra Pan na jednej z scenie z Vernonem Reidem. Czym ujął Pana zarówno jako człowiek, jak i muzyk?
Granie bluesa nie było dla mnie czymś szczególnym kiedy dorastałem. Po prostu pozwalano mi to robić. To podejście zmieniło się kiedy spotkałem Vernona. On przekonał mnie, że Blues to coś, czego nie powinienem eliminować ze swojego stylu, a także ze sposobu śpiewania i grania na gitarze.

Woli Pan Living Colour, czy jego solowe dokonania?
Moim zdaniem Vernon Reid przejął Living Colour i powstała z tego szczera forma harmolodycznego rocka.

Kto ze współczesnych muzyków bluesowych i jazzowych wywarł na Panu największe wrażenie?
Trudno mi poczuć fascynację czyjąś twórczością, ponieważ uważam, że wszystko co wyrażam w muzyce musi wychodzić prosto z mojego wnętrza...

Sądzi Pan, że blues i jazz mogą być fascynujące dla młodego pokolenia i skutecznie rywalizować z hip hopem?
Myślę, że hip hop jest częścią bluesa i jazzu. Bez tych dwóch gatunków hip hop by nie istniał.

Co termin „harmolodic”, z którym jest Pan kojarzony, oznacza dla Pana obecnie?
Harmolodic to po prostu sposób na życie.

Jednym z najważniejszych etapów w pańskiej karierze była współpraca z Ornettem Colemanem. Oprócz muzycznych wpływów, co zawdzięcza mu Pan jako człowiek?
Powiedział mi kiedyś, że harmolodyczny styl grania jest dla mnie czymś naturalnym. Praca z nim była naprawdę łatwa... No i nie mogę zapomnieć o tym, że to właśnie Ornette Coleman wyprodukował moją pierwszą płytę.

Jakie emocje towarzyszyły Panu w przeprowadzce do Nowego Jorku we wczesnych latach siedemdziesiątych?
Te przenosiny nie były związane z emocjami, uczuciami... To był po prostu mój ostatni przystanek w podróży zwanej życiem.

Gdyby poproszono Pana o wskazanie trzech najważniejszych płyt z pańskiej dyskografii, wskazałby Pan...
Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Naprawdę, nie znam odpowiedzi na nie...

Jeśli podróże wehikułem czasu byłyby możliwe, z którymi ikonami bluesa chciałby Pan się spotkać i zagrać?
Gdybym mógł spotkać się z którymkolwiek z bluesmenów, których nie ma już wśród nas, chciałbym zadać wtedy jedno pytanie: Are you glad to be in America?

Na zakończenie, chciałbym poprosić o zaproszenie polskich fanów bluesa na Wasz festiwalowy koncert w „Spodku”...
Będę szczęśliwy jeśli wpadniecie na Rawę Blues, by sprawdzić na żywo mojego harmolodycznego bluesa!

Rozmawiał Robert Dłucik (rawablues.com)

Rawa Blues Festival to jeden z najstarszych i najbardziej prestiżowych bluesowych festiwali w Europie. Laureat nagrody „Keeping The Blues Alive”, przyznawanej przez amerykańską The Blues Foundation osobom i instytucjom, które najbardziej przyczyniają się do "podtrzymania przy życiu" oraz „rozwoju muzyki i kultury bluesowej”. Przez lata, na scenie katowickiego „Spodka” wystąpiły ikony gatunku, tacy jak: Junior Wells, Koko Taylor, Magic Slim, Keb Mo, Robert Cray, Albert Lee, Sonny Landreth i Marcia Ball.

Źródło: Rawa Blues Festiwal
Czytaj dalej...

ROZPĘDZONA LOKOMOTYWA - Victor Wainwright - WYWIAD

Pianista, wokalista, showman... Victor Wainwright – bluesman pochodzący z Savannah w stanie Georgia – będzie jedną z gwiazd tegorocznej edycji Rawa Blues Festival. Nominowanego do nagrody Grammy artystę posłuchamy na żywo 12 października w katowickim „Spodku”! Przed koncertem – warto poznać go bliżej...


Jak opisałbyś początki swojej przygody z muzyką?

Można powiedzieć, że wszystko zaczęło się dzięki dziadkowi oraz mojemu tacie – moim największym mentorom. Obydwaj byli profesjonalnymi muzykami. Poza technicznymi umiejętnościami, nauczyli mnie jednej bardzo ważnej rzeczy: że w muzyce tak naprawdę nie liczy się to co grasz, tylko jak to grasz. Mój dziadek odszedł w grudniu 2017, ale każdego wieczoru, gdy wychodzę na scenę, czuję jego obecność. Dziadek uwielbiał występy bardziej niż cokolwiek innego...

Którzy z artystów – spoza rodzinnego kręgu - byli Twoją największą inspiracją?

Ogromny wpływ miał na mnie B.B.King. Starałem się podążać w jego kierunku. Oczywiście jego muzyka była wspaniała, ale również jego postawa, pozytywne nastawienie i ciężka praca jaką wykonywał po prostu wbijały w mnie w ziemię, zresztą nadal tak jest. Miałem kiedyś zaszczyt otwierać jego koncert w Daytona Beach. To był mój pierwszy występ na dużej scenie. Sprzedano wówczas 2,5 tysiąca biletów. Nie zapomnę tego koncertu do końca życia...
Inspirowali mnie również artyści komediowi, których praca estradowa jest nie lada wyzwaniem. Wielebny Billy C Wirtz wprowadził mnie w świat bluesa. On łączył w swoich występach muzykę i humor, co było dla mnie wówczas czymś odkrywczym. Mistrzowsko potrafił dyrygować tłumem, który niemal jadł mu z ręki. Wiele się od niego nauczyłem.

Muszę też wspomnieć o jednym ze spotkań – chociaż akurat niemuzycznym - ze słynnym Pinetopem Perkinsem, pianistą legendarnego Muddy Watersa. O 4 nad ranem poprosił mnie, żeby zabrać go na cheesburgera do McDonalda. Wcześniej zdążyliśmy osuszyć butelkę whisky i wypalić parę paczek fajek. Wtedy jeszcze paliłem... Perkins był już wtedy po osiemdziesiątce, dożył 97 lat...

Z kim – spośród współczesnych muzyków – najbardziej chciałbyś pracować?

Wskazałbym Warrena Haynes'a.

Twoja pierwsza reakcja na wieść o nominacji do nagrody Grammy to...

Zawsze chciałem wiedzieć, jakie to uczucie – zgarnąć główną wygraną na loterii. Teraz chyba już wiem...

Jak zarekomendowałbyś nową płytę komuś, kto jeszcze nie miał okazji posłuchać Twojej muzyki?

„Victor Wainwright & The Train” to pierwszy z serii albumów, na którym naszym celem było zagranie muzyki brzmiącej bardzo znajomo dla słuchacza, ale zarazem dostarczającej mu mnóstwo zabawy. Jesteśmy poszukującymi muzykami i ciekawość towarzyszyła nam w całym procesie twórczym. Jestem dumny z tego co udało się nam osiągnąć na tym materiale. Mam nadzieję, że kiedy ktoś sięgnie po naszą muzykę z tej płyty, ona prostu wskoczy na niego i mocno go uściska. Czas się uśmiechnąć, wsiądźcie z nami do tego pociągu i w drogę!

Przedstaw proszę zespół, który towarzyszy Ci obecne na scenie.

Billy Dean na bębnach. Gość, który gra ze mną od dziesięciu lat. Dalej... Terrence Grayson, basista z pięcioletnim stażem w moim zespole. Gitarzysta Pat Harrington – gramy razem od trzech lat. W zeszłym roku zagraliśmy sporo koncertów ze wspaniałą sekcją dętą w składzie: Mark Earley – saksofon oraz Doug Woolverton – trąbka. The Train jest jak rozpędzona lokomotywa, w której wszystkie części działają bez zarzutu.

W jaki sposób potrafisz utrzymać wysoki poziom energii podczas wyczerpujących tras koncertowych?

Często się nad tym zastanawiam... Myślę, że to widownia i duża liczba fanów naszej muzyki sprawia, że szybko ładuję akumulatory, by zagrać kolejny żywiołowy koncert.

Czas poza sceną najchętniej spędzasz...

Zwykle z Riley'em – to mój Boston Terrier, pupil towarzyszy mi nawet, gdy gram w domu na fortepianie. Mam również karnet do jednej z sieciówek fitness. Trzeba dbać o kondycję!

Rozmawiał Robert Dłucik (rawablues.com)

źróło: Rawa Blues
Czytaj dalej...

Rick Estrin - SKAZANY NA ŻYCIE W TRASIE

Rick Estrin – wirtuoz harmonijki ustnej, charakterystyczny wokalista oraz wspaniały showman. Razem z zespołem The Nightcats wystąpi 11 października w sali koncertowej katowickiego NOSPR-u. Amerykanie będą jednymi z gwiazd tegorocznej edycji festiwalu Rawa Blues. Zapraszamy do lektury wywiadu z Rickiem Estrinem i oczywiście na październikowy koncert, który będzie prawdziwą muzyczną ucztą!


Skąd wytrzasnąłeś te wszystkie atrakcyjne statystki, które zagrały w Waszym klipie „(I met her on) the Blues Cruise”?

Znalazłem je właśnie na takim bluesowym rejsie. Wszystkie panie, które widać w teledysku to autentyczne uczestniczki rejsu! Klip powstał bardzo spontanicznie z minimalnym udziałem reżysera. O ile mnie pamięć nie myli nakręciliśmy go praktycznie bez dubli, dasz wiarę?

Rejsy z koncertami na żywo są obecnie bardzo popularne. Co sądzisz o tej formie grania bluesa?
Faktycznie, takie imprezy stały się wręcz instytucjami. Drinki, pyszne jedzenie, impreza... I to wszystko przy dwudziestu, albo nawet trzydziestu twoich ulubionych bluesowych artystach. Świetna sprawa!

„The Blues Ain't Going Nowhere”, czyli blues nie zmierza donikąd, śpiewasz w utworze otwierającym płytę „Groovin' in Greaseland”. Zapytam więc: jaką przyszłość widzisz dla tego gatunku?

Trudno mi wcielić się w rolę wróżki, ale dostrzegam paru wspaniałych, młodych bluesmenów, takich jak Marquis Knox i Jontavious Willis, dzięki którym ta muzyka wciąż będzie żyła...

„Groovin' in Greaseland” to dowód na żywotność Waszego stylu i album zasłużenie zebrał wiele nagród. Nadal odczuwasz presję przed wejściem do studia nagraniowego?

Największa presja pojawia się, gdy trzeba napisać nowe utwory. Ale kiedy już jestem w studiu z Nightcats i zaczyna się twórcza praca – to przeradza się w zabawę. Oczywiście nagrywanie płyty zawsze jest wyzwaniem. Jednak w studiach Greaseland, z Kidem Andersenem u boku, mamy komfortowe warunki do działania. Kid to najlepszy inżynier dźwięku i producent z jakim dotąd pracowałem w trakcie mojej kariery muzycznej. Przygotowanie „Groovin' in Greaseland” było wspaniałym doświadczeniem. Powiem więcej: właśnie skończyliśmy nagrywanie kolejnej płyty. Chcemy zatytułować ją „Contemporary”. To może być najfajniejsza rzecz jaką dotychczas zrobiliśmy!

Jak scharakteryzowałbyś obecny skład The Nightcats?

To najbardziej ekscytująca i wszechstronna grupa ludzi z jaką kiedykolwiek miałem okazję pracować. Kid Andersen jest gitarowym mistrzem świata wagi ciężkiej. Lorenzo Farrell – geniusz instrumentów klawiszowych oraz basu. No i najnowszy nabytek The Nightcats – perkusista Derrick „D'Mar” Martin – gość, który siedemnaście lat spędził w zespole genialnego Little Richarda. Derrick to żywioł za bębnami, trzeba go zobaczyć na żywo, by uwierzyć, że taki styl gry jest możliwy...

Ile czasu poświęcałeś na ćwiczenia, gdy byłeś młodym, początkującym muzykiem?

Początkowo grałem codziennie, praktycznie przez cały dzień. Zasypiałem z harmonijką w ustach! Byłem młody, poza graniem nie miałem nic do roboty i w sumie niewiele więcej mnie interesowało. Ktoś może powiedzieć, że miałem wręcz obsesję na punkcie instrumentu i muzyki. Chciałem nauczyć się grać bluesa – nauczyć się jak sprawić, by inne osoby poczuły dokładnie to samo co poczułem ja, kiedy ten gatunek muzyczny dotknął mojej duszy.

Jakiej rady udzieliłbyś dzisiaj muzykom, którzy są na początku swej drogi?

Jeśli nie czujecie w sobie głębokiej potrzeby robienia tego, jeśli nie jesteście całkowicie pochłonięci graniem – wtedy muzyka będzie przyjemnym hobby. Jeżeli jednak chcecie się w pełni poświęcić muzyce – powodzenia! To będzie bardzo ciekawa podróż!

Oprócz spektakularnych popisów na harmonijce ustnej, Twoim znakiem rozpoznawczym są eleganckie garnitury. Wyobrażasz sobie zagranie koncertu w zwykłych ciuchach?

Cóż, parę razy byłem do tego zmuszony, kiedy linie lotnicze zgubiły moje bagaże. Czułem się dobrze na scenie. Za pierwszym razem, gdy zdarzyła się taka sytuacja zapytałem siebie: Jesteś facetem, czy garniturem? Odtąd nie mam z tym problemu...

Jak duża jest Twoja aktualna kolekcja garniturów?

Dokładnie nie wiem... Coś z 25, może 30. No i buty! Mam więcej par butów w szafie niż garniturów!

Utrzymujesz kontakt ze swoim wiernym druhem Little Charlie Baty'm? Sięga po instrument, czy całkowicie oddał się życiu emeryta?

Charlie gra cały czas. Jemu tylko zdawało się, że chce odejść na muzyczną emeryturę. W rzeczywistości jest takim samym beznadziejnym przypadkiem muzyka żyjącego w trasie jak ja. Koncertuje obecnie ze świetnym zespołem Sugar Ray and The Bluetones. Powinniście zaprosić ich na Rawę Blues w przyszłym roku! Daliśmy też parę wspólnych występów w lutym. A w maju dołączył do składu The Nightcats, gdy okazało się, że lot Kida Andersena został odwołany. Kiedy raz staniesz się członkiem The Nightcats, zostajesz nim już na zawsze!

To będzie już Twoja trzecia wizyta na Rawie Blues. Jakie wspomnienia zachowałeś z poprzednich koncertów w Katowicach?

Jest ich wiele... Mam piękną książkę, dokumentującą nasz występ z okazji jubileuszowej edycji festiwalu. Posiadam też parę obrazów, podarowanych mi przez polskich fanów, którzy widzieli nas na scenie podczas Rawy Blues. Poważne dzieła, przygotowane w różnych technikach! Jest nawet dość abstrakcyjny portret mnie i Little Charliego, który wisi na ścianie mojego domu.

Na zakończenie, czy mógłbyś zaprosić polskich fanów bluesa na Wasz festiwalowy koncert?

Serdecznie zapraszam wszystkich polskich wielbiciele bluesa do Katowic na Rawę Blues. To wspaniałe wydarzenie. Jesteśmy szczęśliwi, że po raz kolejny będziemy mieli możliwość, by dla Was zagrać.

Do zobaczenia jesienią w Katowicach!

Rozmawiał: Robert Dłucik (RawaBlues.com)
Czytaj dalej...

Shadows Trip - Michał Żaczek - posłuchaj wywiadu !

Zapraszam do odsłuchania wywiadu z Michałem Żaczkiem wokalistą sandomierskiej formacji Shadows Trip.

Sandomierska grupa Shadows Trip powstała w 2000 roku z inicjatywy Karola Pinzuła i Rafała Drozdowskiego. Ukierunkowana na mocne heavy metalowe brzmienie. 


Niedawno zakończyliśmy pracę nad naszą EP która jest zapowiedzią nadchodzącej płyty i będzie wydana na przełomie 2019 i 2020 roku. 

Obecny skład zespołu: 

Michał Żaczek - wokal 
Karol Pinzuł - gitary 
Mariusz Wójcik - perkusja 
Marcin Członka - gitara basowa
Czytaj dalej...

Dom wschodzącego słońca - wywiad z Danielem Castro - gwiazdą 39 Rawa Blues Festival

Daniel Castro – gitarzysta pochodzący z Kalifornii, zafascynowany Albertem Kingiem, Albertem Collinsem oraz B.B.Kingiem. Będzie jedną z gwiazd 39 Rawa Blues Festival. Zagra 12 października w katowickim „Spodku”, który zrobił na nim ogromne wrażenie z koncertowych filmików i festiwalowych zapowiedzi, które obejrzał w sieci. Z czego zbudował swoją pierwszą gitarę? Co czuł, słuchając po raz pierwszy płyty wielkiego B.B. Kinga? Co pochłania go oprócz bluesa? Między innymi tego dowiecie się z lektury poniższego wywiadu z kalifornijskim muzykiem.


Pamiętasz ten moment, w którym blues pojawił się w Twoim życiu?

Gdy miałem jedenaście lub dwanaście lat, nauczyłem się paru kawałków Jimmy'ego Reeda. Od paru lat ćwiczyłem już grę na gitarze. Ale ten przełomowy kontakt z bluesem zawdzięczam siostrze, która pewnego dnia podarowała mi kilka płyt B.B. Kinga. Kiedy usłyszałem jego grę i śpiew, poczułem się jakby zwracał się wyłącznie do mnie. Siedziałem na łóżku i łzy leciały mi z oczu – to wszystko, co mogłem wówczas zrobić...

Który utwór był tym pierwszym, wyuczonym na pamięć?

Pierwszym, który potrafiłem zagrać bezbłędnie od początku do końca był „House of The Rising Sun” w wersji The Animals. O ile pamiętam, jego opanowanie zajęło mi może z półtorej dnia.

Posiadasz jeszcze swoją pierwszą gitarę? Ile instrumentów znajduje się aktualnie w Twojej kolekcji?

To było tyle lat temu... Niestety moje wczesne instrumenty kompletnie się rozleciały. Budowaliśmy je razem z bratem ze zwykłych desek, a za struny służyły nam fragmenty rybackich sieci. W porównaniu do znajomych gitarzystów nie mogę pochwalić się jakimś imponującym zbiorem gitar, jest ich około piętnastu.

Bardzo wcześnie zacząłeś przygodę z profesjonalnym graniem. Musiałeś stosować jakieś sztuczki, by pozwolili Ci – jako nastolatkowi - wejść do klubów, gdzie wstęp jest dopiero od 21 roku życia.

Zwykle lider zespołu dogadywał się z właścicielem danego klubu i to działało. Pozwalano mi występować na scenie, ale przerwy między setami musiałem spędzać na zewnątrz. Nie mogłem szwendać się po klubie. Pozwalano mi wejść do środka dopiero wówczas, gdy mieliśmy zacząć grać.

Gdybyś mógł wybrać – spośród współczesnych muzyków - „dream team” na jeden koncert, jakie nazwiska by się w nim znalazły?

Trudne pytanie... Musiałbym poważnie zastanowić się nad takim wyborem. Szczerze mówiąc, zespół który mam obecnie mogę określić jako „dream team”.

Jak scharakteryzowałbyś muzyków, z którymi obecnie występujesz? No i jakim szefem jest Daniel Castro?

Chcę myśleć, że jestem dobrym liderem zespołu. Nie określiłbym siebie mianem szefa. Mimo, że podejmuję wszystkie decyzje i dbam o interesy kapeli, zawsze chętne słucham wskazówek ze strony moich kolegów. To świetni muzycy! Stuprocentowi profesjonaliści ze świetnym podejściem do grania, no i ze świetnym poczuciem humoru. Każdy z nich jest wyjątkowy i daje sporo od siebie podczas koncertów.

Twoją studyjną dyskografię zamyka na razie album „Desperate Rain”, który ukazał się sześć lat temu. Przygotowujesz materiał na nową płytę?

Można powiedzieć, że aktualnie trwają prace nad ukończeniem paru kompozycji. To dla mnie bardzo pracowity rok, ale mam nadzieję, że uda się wejść do studia jeszcze przed końcem 2019 roku.

W jednym z artykułów powiedziałeś, że grasz na gitarze praktycznie codziennie, nawet dla samego siebie. Masz jeszcze czas na inne hobby?

Uwielbiam czytanie. Interesują mnie zwłaszcza różne tematy związane z historią. Ale najbardziej istotne jest dla mnie dbanie o dobre relacje z żoną Julie, rodziną i przyjaciółmi.

Miałeś okazję dowiedzieć się nieco o Rawie Blues i generalnie o Polsce?

Tak, zrobiłem sobie mały „research”. Oglądałem sporo koncertowych klipów z festiwalu na YouTube. Sala, w której wystąpimy jest piękna, robi naprawdę imponujące wrażenie, podobnie jak sama otoczka festiwalu. Czytałem również sporo o historii Waszego kraju, która jest po prostu fascynująca.

Rozmawiał: Robert Dłucik (RawaBlues.com)
Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS